 |
 |


------------------- (20)00.10.31
UFO zadnego wypatrzec
niestety nie dalo sie, ale za to mielismy lepsze nawet przygody.
Jesli bardziej stresujace okreslic mozna jako lepsze he he... W
Rachel bylo dosc sympatycznie, jesli nie liczyc tego, ze jedzonko
podano nam jakies takie nie za bardzo sprawiajace wrazenie swiezego
i apetycznego... A do wieczornego bufetu (bufet typu "jedz ile tylko
mozesz" to tradycja w Nevadzie, a zwlaszcza w Las Vegas) czekac nie
planowalismy - po krotkim odpoczynku w "Little A'le'Inn" i zrobieniu
kilku zdjec przy legendarnej Skrzynce Pocztowej udalismy sie w
dalsza droge - do Las Vegas. I wlasnie gdy dojechalismy do Las
Vegas, ujawnily sie pierwsze symptomy starzenia sie mojego
T-birda... Silnik gasnacy w najmniej oczekiwanym momencie to rzecz
niezbyt przyjemna. Wygladalo na to, ze dzieje sie to na skutek
przegrzania sie wozu po dluzszej jezdzie 70 mil na godzine przy
wysokiej bardzo, choc oczywiscie typowej dla Nevady latem,
temperaturze. Odpoczelismy, dalismy odpoczac T-birdowi, a na drugi
dzien pojechalismy do charakterystycznego bardzo kasyna Luxor. Luxor
to hotel i kasyno zbudowane jako model egipskiej piramidy,
oczywiscie wraz ze Sfinksem. Szczegolnie imponujaco prezentuje sie
noca, kiedy to z czubka ogromnej, czarnej piramidy bije w niebo
silny strumien laserowego swiatla. Budynek rozplanowano w ten
sposob, ze przy scianach piramidy rozmieszczone sa apartamenty
hotelowe, a wewnatrz konstrukcji - kasyno i pasaze ze sklepami,
restauracjami oraz dodatkowymi atrakcjami, jak np. kino IMAX. W
Luxorze Ani udalo sie wygrac nieco na "jednorekich bandytach" a
potem postanowilismy zwiedzic polozony niedaleko Las Vegas park
krajobrazowy Lake Mead.
Krajobrazy sa tam niesamowite. Mimo,
ze do Arizony jeszcze kawal drogi, to okolica Lake Mead przypomina
do zludzenia widoki typowe dla Wielkiego Kanionu -"marsjanski
krajobraz" z charakterystycznymi czerwonymi skalkami i gorami...
Park ma jednak powazna wade. Oznakowanie drog jest raczej kiepskie a
mapka dolaczona do biletu wstepu nie za bardzo pomaga zorietowac sie
w terenie. I tam wlasnie przezylismy niesamowita przygode,
przywodzaca na mysl horror pt. "W paszczy szalenstwa"... Otoz w
drodze powrotnej za kazdym razem, kiedy juz myslelismy, ze oddalamy
sie od jeziora, nagle zza zakretu wylaniala sie znajoma tafla
wody... Wydawalo sie, ze drogi zostaly w jakis sposob zaklete i nie
ma juz ucieczki z tego miejsca. Co najsmieszniejsze po drodze
pytalismy kilka osob o to, w ktorym miejscu jestesmy i kazda z nich
udzielila nam zupelnie innej odpowiedzi. Jedna twierdzila, ze
jestesmy na polnocny zachod od jeziora, druga - ze na poludniowy
zachod, a inna jeszcze - ze na wschod od Lake Mead... No a samochod
gasl nam srednio co 30 sekund he he... I tak, nadkladajac jakies
kilkadziesiat mil, zamiast od polnocy, dotarlismy w koncu do Las
Vegas od poludnia...Najwazniejsze jednak, ze cali i zdrowi
dojechalismy do "Motelu 6"... Pouczeni doswiadczeniem zeszlego
wieczoru postanowilismy wracac do domu. Wybralismy najkrotsza chyba
droge z Las Vegas do San Jose - przez pustynie Majave z przystankiem
w Bakersfield - miejscem polozonym w okolicy po prostu przepieknej:
kiedy juz przejechalismy pustynie Majave, ktorej jedynym
urozmaiceniem wydaje sie byc zjazd do Bazy Sil Powietrznych Edwards,
dostalismy sie nagle w okolice niesamowicie malownicza, pelna
wzgorz, zieleni a do tego polozona najwyrazniej wsrod chmur...
Bylismy zwyczajnie, po prostu, oczarowani pieknem tych
krajobrazow... Rownie malownicza byla droga z Bakersfield do San
Jose... Co chwile towarzyszyly nam rozne zapachy - to jablek, to
truskawek, to swiezo skoszonej trawy, aby kolo Gilroy zaatakowac
"swojskim" smrodkiem plantacji czosnku - jak na kalifornijska
stolice czosnku przystalo he he...
Nie ma tego zlego co by na
dobre nie wyszlo. Korzystajac z tego, ze wrocilismy do domu i
znalezlismy sie na dobrze znanym mi terenie, "zainwestowalem" w
platynowy pierscionek z brylantem i wlasnie wtedy spelnilo sie
marzenie mojego zycia - zareczylismy sie z Ania...
Od razu
tez odwiedzili nas wieczorem Andrzej z Asia - przyjechali prosto z
Gun Club'u w Santa Clara, gdzie Andrzej nauczyl Asie obslugiwac bron
krotka a przy okazji zrobili istne sito z kilku tarcz he he. Kiedy
uslyszalem, ze w klubie dostepny jest praktycznie dowolny rodzaj
broni - pistolety, strzelby, karabinki i po prostu placi sie za
wypozyczenie broni oraz za amunicje, po czym mozna wyzyc sie na
tarczy do woli, to he he... stwierdzilem, ze jade tam z Andrejem
przy najblizszej okazji. Najbardziej zachecajaco brzmialy dla mnie
slowa Asi, iz kiedy strzelala z czegos, co wygladalo jak Walter PPK
Jamesa Bonda, to obok ziemia trzesla sie na skutek strzalow
oddawanych przez jakiegos amatora wielkich rusznic he he... Tak,
Nowy Swiatowy Lad nadchodzi i trzeba sie na te nowa rzeczywistosc
dobrze przygotowac he he...
Ostatnia nasza - w tym sezonie -
wspolna impreza z Asia i Andrzejem byl wyjazd do Monterey -
postanowilismy zwiedzic slynne Akwarium, a potem pochodzic po
przepieknym parku - wybrzezu Pacyfiku w okolicach Carmel... No,
zaliczylismy jeszcze lunch w legendarnej restauracji "Bubba Gump",
gdzie tez bylo wesolo he he...
Potem odwiedzilismy jeszcze z
Ania Leszka i Gosie w Moradze, gdzie spedzilismy uroczy
dzien...
Jak wszystko co cudowne tak i to lato musialo sie
kiedys skonczyc. Ania musiala na razie wyjechac do Polski i choc to
tylko czasowe rozstanie, to jednak bardzo przezylismy pozegnanie na
lotnisku... Teraz odliczam kazdy dzien jaki pozostaje do nastepnych
wakacji...
A potem Leszek odlecial na Wschodnie Wybrzeze aby
spotkac sie z JKM, ktory przyjechal na jego zaproszenie do USA. Tam
w Chicago, Nowym Jorku i Waszyngtonie odbyc mial serie spotkan
zarowno z przedstwicielami Polonii, jak i wybitnymi osobistosciami
amerykanskiego zycia politycznego- jak np. Stevenem Forbesem, ktory,
zeby spotkac sie z naszym Prezesem, specjalnie przerwal swoj pobyt w
Meksyku...
He he... Klimaty Doliny Krzemowej sa jednak bardzo
specyficzne... Np. niedawno odwiedzilem sluzbowo oddzial firmy
Quantum - zajmujacy sie produkcja serwerow plikow "Snap". Uwage moja
zwrocila dekoracja umieszczona przy drzwiach pewnej sekretarki. Nie
tylko moja zreszta uwage he he... Kolega Salahuddin, Hindus,
wskazujac na wiszacy przy wejsciu do jej gabinetu gadzet wygladajacy
jak... bicz z drewnianym trzonkiem zaopatrzonym w dlugie, skorzane
rzemienie, powiedzial do mnie: "To wyglada jak... jak... jak
cos...". "Tak, to wyglada jak zabawka z sex-shopu dla amatorow
sado-maso" - odpowiedzialem podsumowujaco he he...
Flagowym
jednak przykladem "klimatow Doliny Krzemowej" jest moj kolega Fred.
Poznalem go niemal od razu, gdy zaczalem prace w NEC. Fred byl wtedy
kolega z rownoleglej grupy - zajmujacej sie uruchamianiem aplikacji
hardwareowych i softwareowych opartych na procesorach MIPS NEC'a i
Windows CE Microsoftu. Fred to 42-letni inzynier, filozof oraz tzw.
"gawedziarz". Jak mowil Hanoch, "Fred lubi duzo mowic", ale jest w
porzadku he he. Nasza blizsza znajomosc rozpoczela sie nieco
smiesznie. Spotkalismy sie podczas duzej imprezy NEC'a z okazji
zakonczenia roku finansowego. Zakaski, slodycze, drinki, muzyka.
Zaczelismy rozmawiac z Fredem oraz drugim facetem z jego grupy na
temat jak na impreze sluzbowa przystalo - o driverach dla ukladow
kontrolerow sieciowych he he. Potem jednak zeszlismy na inne tematy
i Fred nagle mowi do mnie "Adam, ja jestem pochodzenia zydowskiego,
a ty jestes katolikiem, wiec wytlumacz mi jak to jest. Otoz
widzialem taki film dokumentalny o o II Wojnie Swiatowej i pewnej
rzeczy nie rozumiem. Mianowicie, ze Niemcy przeszukiwali domy i
mieszkania i jesli znalezli jakichs ukrywajacych sie Zydow to
zabijali takze za kare cala ukrywajaca ich rodzine Polakow. Bo
widzisz, u nas, w Stanach jest Konstytucja i policja nie moze bez
nakazu sadowego tak po prostu wejsc i przeszukac prywatne
mieszkanie...". "Czlowieku!" - ja na to - "To byla wojna, wojska
niemieckie okupowaly Polske i Niemcy robili co tylko chcieli". "Ale
ja wciaz nie rozumiem bo u nas w Stanach jest Konstytucja, ktora
gwarantuje prawa obywatelskie i bez nakazu sadu nie mozna
przeszukiwac nikomu mieszkania". Probowalem jeszcze pare razy, ale
chyba mi sie nie udalo. Ah ci Amerykanie. Odporni sa na wizje
rzeczywistosci inne niz te, ktore znaja z wlasnego podworka oraz
holywoodskich filmow... Na pierwszy rzut oka Fred moze wydac sie
osobnikiem podejrzanym, by nie powiedziec antypatycznym he he.
Broda, zarost na twarzy, grube szkla w rogowych oprawach, sprawia
wrazenie wiecznie niedospanego, niedomytego maniaka kawy, ktoremu na
dodatek nie ma kto wyprac stanowiacych jego ulubiony stroj wiecznie
poplamionych podkoszulkow z ledwo czytelnymi juz obrazkami i
napisami oraz rownie wysluzonych spodni. Mnie osobiscie podpadl
krotkoterminowo, kiedy pewnego razu wpadl do mojego boksu z
nastepujacym "zagajnikiem": "Adam, powiedz mi jak to jest? Jestes
tutaj dopiero od 3 lat i juz kupiles sobie domek, a ja ciulam cale
zycie i wciaz nie stac mnie na to!...". Innym razem rzucil: "Adam,
Gore przyjechal, poszedlbym zobaczyc go a Ty?". "Dziwak" - mysle
sobie - "pozbawiony taktu a do tego lewak" he he. Pozory jednak
myla. Przy blizszym poznaniu Fred okazuje sie calkiem udanym
materialem na kompana. Przy pierwszej okazji okazalo sie, ze
sympatyzujemy z tym samym kandydatem w wyborach prezydenckich -
Alanem Keyes'em. Oczywiscie - bylym kandydatem, a Fred, jak
przystalo na poczciwego Republikanina, popiera publicznie Busha...
Niestety, nawet tutaj - w Kolebce Wolnosci - ani Keyes ani Forbes
nie wydaja sie miec szans. "Nie w tym wcieleniu" he he he. Ano,
czasy wszedzie podle nastaly. W Polsce to juz wrecz komicznie podle.
Hehe wlaczam sobie radio - tzn. "Trojke" i co slysze? Na wlasne uszy
- jak "kultowy" wsrod mlodziezy aktor Cezary Pazura mowi, ze
"Kwasniewski jest wspanialym mezczyzna". "Ale numer" - mysle -
"Pazura gra pedala. Ciekawe ile mu za to
zaplacili?"...
Postanowilem poswiecic te pol dnia i pojechac
do San Francisco, zeby pokazac, ze Korwin i tu ma poparcie - nawet
wieksze niz w Kraju. W Domu Polskim, gdzie miescila sie Obwodowa
Komisja Wyborcza w San Francisco, bylo bardzo cicho, spokojnie,
powiedzialbym uroczyscie. W "lokalu", przy eleganckim "prezydium"
zasiadlo kilku swietniejszych przedstawicieli tutejszej Polonii plus
przedstawiciel Konsulatu w Los Angeles, na srodku sali ustawiono
nieco kiczowato udekorowana urne w barwach narodowych i tylko ta
swiadomosc, ze "nie ma alternatywy dla Kwacha"... No coz,
alternatywa byla przynajmniej dla aktu wyborczego - obok, w hallu,
miejscowy pasjonat filatelistyki (czlonek PZF oczywiscie)
zorganizowal ekspozycje specyficznej czesci swojej kolekcji -
znaczkow i bloczkow wydanych na calym swiecie a poswieconych postaci
Polskiego Papieza - Jana Pawla II.Kiedy zainteresowani zaczelismy z
Leszkiem ogladac te niesamowita wystawe, pan skromnie opowiedzial
nam o tych znaczkach, podajac przy tym wielce ciekawe liczby.
Okazalo sie, ze ten imponujacy niezmiernie zbior to tylko drobna
czesc wszystkich wydawnictw jakie poczty calego swiata poswiecily
juz naszemu wielkiemu Rodakowi... W ramach zartu spytalismy tego
przemilego hobbyste, czy ma juz australijski znaczek z Lepperem he
he...
A dla Kwacha alternatywy faktycznie byc nie moglo.
Andrzej opowiadal mi kiedys jak to "dawno dawno temu" malo znany
jeszcze nawet w Polsce Aleksander K. przyjechal byl do Stanow i
jakie powitanie zgotowaly mu amerykanskie media. M.in. komentator o
bardzo charakterystycznym nazwisku oznajmil Amerykanom, iz ten
mlody, przebywajacy w USA na zaproszenie fundacji o bardzo
charakterystycznej nazwie, polski postkomunista "bedzie prezydentem
Polski". A skoro "bedzie" to juz tak widocznie musialo
byc...
Niedawno mialem okazje zwiedzic zlokalizowana w
Mountain View siedzibe firmy Teralogic ( www.teralogic-inc.com ).
Chlopaki zajmuja sie najwyzszych lotow technologia dla cyfrowej TV
wysokiej rozdzielczosci. Kiedys pewien spotkany w Integrated Systems
Zyd powiedzial mi, ze "on od razu rozpoznaje innego Zyda" wiec
"pewnie wy, Holendrzy, tez rozpoznajecie sie na pierwszy rzut oka"
he he. Pamietam zreszta, ze w boksie u Hansa wisiala naklejka z
napisem "Holendrow poznasz od razu. Nie mozesz ich tylko od siebie
odroznic" czy jakos tak. Musze sie przyznac, ze o ile czesto trudno
jest mi rozpoznac Polaka po wygladzie to jest do dosc latwe w
przypadku Ruskich. He he, tak wlasnie bylo w Teralogic. Kiedy
zobaczylem jak do pokoju konferencyjnego wszedl na oko 40-letni
facet w stylu "Sluzylem kiedys w Radzieckiej Marynarce Wojennej a
teraz zgadnij: jestem playboyem"- nie potrzeba mi nawet bylo
uslyszec charakterystycznego akcentu. Wiedzialem, ze to "swoj" -
"brat Slowianin" czyli Rusek, ktory zyje (juz) w kapitalizmie he
he...
Poniewaz bylem tam po raz pierwszy, facet od marketingu
w ramach wyrabiania "image" firmy uprzejmie zaprowadzil mnie do
pokoju demonstracyjnego, gdzie przy pomocy projektora HDTV
zaprezentowal mozliwosci prototypowego set-top-box'u (a dokladnie:
platformy demonstracyjnej) o efektownie brzmiacej nazwie "Cougar".
Przyznac sie musze - takiej jakosci obrazu do tej pory nie widzialem
chyba nawet w kinie, no moze poza kinem typu Imax. Wyglada na to, ze
jeszcze pare lat i HDTV naprawde trafi pod
strzechy...
Poniewaz w Dolinie Krzemowej wlasnie zblizalo sie
swieto pod nazwa "Embedded Processor Forum", co oznacza sympozjum
oraz wystawe w hotelu Fairmont w San Jose, potrzebni byli dwaj
ochotnicy do obslugi naszego stoiska na wystawie. A poniewaz nikt za
bardzo sie nie kwapil i tylko Fred standardowo (dla Freda, ktory
zdaje sie pasjonowac sie czymkolwiek co tylko potencjalnie pachnie
Linuxem i nie wiaze sie z koniecznoscia placenia alimentow) wykazal
sie entuzjazmem, stwierdzilem, ze moze to byc dla mnie zupelnie
ciekawe doswiadczenie i tak oto ekipa ochotnikow byla juz w
komplecie. Z okazji tej otrzymalismy bluzy jeansowe (zwane tu nie
wiedziec czemu "denimowymi") z odpowiednim logo. Czasem zastanawiam
sie skad bierze sie to zupelne bezguscie NEC jesli chodzi o
reklamowe ciuchy. Swego czasu wydawalo mi sie, ze podobna bluza,
jaka otrzymalem w Philipsie to juz szczyt tandety na tle stylu
koszul i kurtek, do ktorych szczescie maja pracownicy wielu innych
firm. Otoz mylilem sie - koszula NEC'a zrobiona byla z jeszcze
bardziej ordynarnego materialu - ktory w Polsce lat mego dziecinstwa
zwano "teksas typu scierka"... Z okazji imprezy "przeszkolono" mnie
takze w obsludze jednego z prototypow, ktore mielismy pokazywac na
wystawie - mianowicie "WebPhone". Podobno chlopaki z Microsoftu
wymyslili, ze bedzie na to ogromny popyt. Sprowadza sie to do tego,
ze telefon na dwie linie wyposazono w oparty o MS Windows CE
terminal WWW, system poczty elektronicznej itd. Podobno to dla
ludzi, ktorzy chcieliby korzystac z dobrodziejstw internetu, a boja
sie skomplikowanych w obsludze komputerow. Pobawilem sie chwile i
mowie do Freda "Kto wymyslil taki badziew? Przeciez to idiotycznie
skomplikowane w obsludze!". "Jestes w USA" - Fred na to - "musisz
przyzwyczaic sie do komplikacji" he he. Odparowalem natychmiast
mowiac, ze "myslalem, iz Postep znaczy zwiekszona prostote obslugi",
a tak naprawde zemscilem sie dopiero pare dni pozniej - na stolowce.
Kiedy po raz kolejny lustrowalem "oferte dnia", ktora po raz kolejny
nasuwala mi refleksje pod tytulem "Umre na raka ukladu pokarmowego?
Jesli tak, to ktorej jego czesci a jesli nie, to moze na skutek
niedozywienia spowodowanego ogolnym i permanentnym juz
zdegustowaniem tutejszym menu?" natknalem sie do Freda i
oswiadczylem, ze "dzis znow beznadziejne to jedzenie". "Alez Adam,
przeciez to sa Stany Zjednoczone" - z duma odpowiedzial Fred, a
wtedy ja, zupelnie szczerze i bezpretensjonalnie wyglosilem kwestie
retoryczna: "Fred, nikt ci jeszcze nie powiedzial, ze amerykanskie
jedzenie jest prawdopodobnie najgorsze na calym swiecie?". Potem
mialem jednak male wyrzuty sumienia - kiedy przypomnialem sobie, ze
w Korei za najwiekszy i najbardziej wyrafinowany przysmak uchodza
dania z psow. Najgorsze jest do tego to, ze odmowic takiego
poczestunku to podobno najwiekszy afront jaki mozna popelnic wobec
Koreanczyka, co sklonilo mnie ku postanowieniu, ze przed sluzbowymi
wyjazdami do tego kraju bronic sie bede niczym przed
komunizmem...
... Poniewaz nie usmiechalo mi sie specjalnie
szukanie parkingu w centrum San Jose, uprzejmie zaproponowalem
Fredowi, iz z przyjemnoscia skorzystam z przejazdzki jego
samochodem. He he... tylko raz widzialem w zyciu cos, co moze
przypominac samochod Freda. Byla kiedys taka reklama "Levisa", w
ktorej na moment pokazywano jakiegos wygladajacego na zboczenca
faceta siedzacego w samochodzie wypelnionym roznymi lalkami i innymi
maskotkami...
Na krotko przed wyjsciem nasz manager od
marketingu kazal mnie i Fredowi wciagnac dol bluzy w spodnie. "To
oficjalna impreza" - powiedzial - "reprezentujecie Firme i w zwiazku
z tym macie wygladac porzadnie a nie jak jakies maniakalne cyfrojeby
z Doliny Krzemowej". Ja zaczalem sie tlumaczyc, ze jesli wciagne
bluze to moge miec problemy z zapieciem spodni he he a "miesien
piwny" Freda wydawal sie mowic juz wszystko - dla korzystniejszego
efektu lepiej bluze miec na wierzchu a juz na pewno nie zapinac jej
he he... No coz, "sluzba nie druzba". Moje dopasowane spodnie cudem
chyba, ale z zupelna swoboda zapiely sie, ku czemu zmobilizowal mnie
wyglad Freda juz w wersji "uczesanej i bezpiecznej"...
Potem
jakies pol godziny zajelo nam upychanie w bagazniku jego leciwego
Mercedesa wszystkich tych rzeczy, ktore wypelnialy - podobnie jak
reszte samochodu - fotel pasazera - starych butow, uzywanych
skarpetek, rozmaitych ksiazek, dyskietek, CD-ROM'ow, katalogow,
czesci elektronicznych, aparatow CB itd. Na koncu Fred podal mi
ulotke pt. "7 powodow aby glosowac na G. Busha" - zdaje sie, ze nie
mial gdzie juz jej wsadzic. He he, poczytalem i parsknalem smiechem.
"Nastaly parszywe czasy" - mowie do Freda - "skoro Twoj
republikanski kandydat szanse na zwyciestwo wyborcze poklada jedynie
w uprawianiu komunistycznej retoryki jak np. >>Uzdrowic i
utrzymac Social Security<<". Fred nie mial za bardzo ochoty na
polemiki. Uruchomil CB i natychmiast dal znac calej Galaktyce, ze
on, Fred Finster wlasnie wyrusza do San Jose na wystawe
mikroprocesorowa". Poczulem sie swojsko he he. Jedyna metoda
chlodzenia silnika jego Mercedesa wydawala sie byc wymiana ciepla z
przedzialem pasazerskim a z glosnika CB wciaz trzeszczaly glosy
rozmaitych kowbojow amerykanskich szos konca XX w.... Dobrze, ze z
Santa Clara do San Jose jest tylko rzut dobrze obciazonym beretem he
he... Na wystawie bylo bardzo sympatycznie. Dosc szybko dotarlo do
mnie, dlaczego wiekszosc ludzi uwaza takie imprezy za strate czasu.
Po prostu tego typu technologie w wiekszosci przypadkow nie nadaja
sie do spektakularnych prezentacji. - z wyjakietkiem dziedziny video
oraz grafiki komputerowej oczywiscie. No bo jak zareklamowac
mikroprocesor PowerPC i przekonac zwiedzajacego do jego zalet w
porownaniu do np. MIPS'a przy pomocy prostej ekspozycji z jej
instrumentami - duzym plakatem, zestawem ulotek oraz gadzetow typu
dlugopisy, czekoladki itp. Choc naprawde musze przyznac tym ludziom
ogromna pomyslowosc. "Przebojem" wystawy byly batony czekoladowe
reklamujace pakiet narzedzi soft. Pozornie zwykly baton czekolady.
Natomiast opakowanie to byl naprawde dobry dowcip: "Skladniki:
kompilator, linker, debugger...; Wielkosc porcji: 1 licencja" itd...
Kilku producentow prezentowalo przy pomocy programow
demonstracyjnych swoje najnowsze akceleratory graficzne. Ogromny
entuzjazm Freda wzbudzilo demo karty ATI Radeon. "Patrzcie, ona ma
te slynne obcisle na tylku jeansy Kelvina Kleina" wykrzykiwal
podniecony jak dziecko, patrzac jak Lara Croft biega po jakims
dziwnym statku kosmicznym... Kilka firm (m.in. LSI Logic i Rambus)
uatrakcyjnilo swoje stoiska maszynami SONY Playstation 2 - chwalac
sie, iz w "kultowej" konsoli znajduje sie jakies ich rozwiazanie.
PS2 budzily ogromne zainteresowanie tym bardziej, ze bylo to na pare
tygodni przed oficjalna premiera maszyny w USA - sprowadzono je
specjalnie z Japoni. Przyznac musze projektantom SONY zajmujacym sie
stylistyka, ze tym razem strzelili chyba w 10-ke. Maszyna robi
ogromne wrazenie chyba takze dzieki bardzo wyszukanemu stylowi
obudowy, ktory kojarzy sie raczej z wyrafinowana mini-stacja robocza
a nie z dotychczasowymi konsolami do gier... Bylo fajnie. Suto
zastawione stoly z wyrafinowanymi (jak na USA) zakaskami, bary
serwujace drinki, wino, piwo etc. Miedzy stoiskami buszowali
zwiedzajacy - glownie Azjaci, w stylu dosc charakterystycznym, ale
zdarzaly sie tez bardziej nietypowe "klimaty". W pewnym momencie
zobaczylem jak do sasiedniego stoiska podeszlo dwoch mlodych ludzi w
stylu "punkowo-thecurowym" he he - nastroszone przy pomocy zelu
krotko sciete wlosy, czarne koszule i kurtki, obcisle czarne jeansy
i wojskowe buty... Jak sie okazalo, nasze stoisko obslugiwalo w
sumie tylu ludzi, ze stojac tam wciaz razem chyba zupelnie bysmy je
zaslonili. Tak wiec wiekszosc czasu moglem spedzic na zwiedzaniu he
he. Spotkalem nawet Wielkiego Hansa S. z Philipsa, ktory jak sie
okazalo nie mial tym razem swojego stoiska - chlopcy przyszli po
prostu zobaczyc co oferuje I-sza liga jesli idzie o zintegrowane
procesory...
A dzisiaj po raz kolejny przekonalem sie, ze
Ameryka XIX w. oraz dzisiejsze USA to dwie zupelnie rozne
rzeczywistosci he he... Otoz poszedlem do znajdujacego sie na
drugiej kondygnacji naszego budynku ustronnego pokoju
konferencyjnego (na tym pietrze chwilowo znajduja sie tylko
zamkniete laboratoria oraz pokoje konferencyjne a wiekszosc
powierzchni jest w tym momencie zupelnie niewykorzystana - jesli nie
liczac imprezy raz na pol roku) aby moc swobodnie zadzwonic do Ani
(korzystajac z karty WDT oczywiscie - prawdziwy "prawicowy oszolom"
nie bedzie przeciez dzwonil za granice na koszt swojego
pracodawcy!). Podchodze do pokoju, z ktorego zwykle korzystam i co
widze przez oszklona czesciowo sciane? Na stole walkie-talkie i
jakies papiery. Niczym Hans Kloss wychylam sie nieco bardziej i
widze, ze na krzeselku przy stole drzemie sobie w najlepsze Murzynka
z Ochrony. Trzeba jej przyznac - jak przystalo na funkcjonariuszke
Strazy Zakladowej sen miala czujny. Kilka sekund pozniej wypadla z
pokoju obciagajac mundur i spytala uprzejmie czy moze mi w czyms
pomoc. Sytuacja he he wprost prosila sie, aby zrobic
charakterystyczna dla Rogera Moore'a mine i podobnie
charakterystycznym tonem odpowiedziec niczym OO7: "Pozniej, byc
moze?". Niestety, w USA nastaly i wciaz jeszcze obecne sa czasy
politycznej poprawnosci i procesow o molestowanie seksualne.
Oceniwszy wiec wdzieki Murzynki, grzecznie, usmiechajac sie,
odparlem: "Nie,
dziekuje"...
CDN
| |